BYĆ JAK JAJUŃCIEK

– z wybitnym ilustratorem, który tworzy też znakomite książki autorskie, Pawłem Pawlakiem rozmawia Dorota Koman

Pawel_Pawlak

Dorota Koman: Z przyjemnością zacznę naszą dzisiejszą rozmowę od gromkiego „Sto lat” z okazji Twoich urodzin! A życzeniami – jeśli się zgodzisz – zakończymy, bowiem zastanawiając się nad nimi, stwierdziłam, że większość z tych, które przychodzą do głowy, gdy rozmawiasz z twórcą, są niczym strzał kulą w płot.

Czy powinnam Ci życzyć nietypowych wyzwań artystycznych? Kilka dni temu ukazała się „Para-Mara” Jarosława Mikołajewskiego, gdzie przyszło Ci narysować bohatera, którego nie widać… (i zamknąć telewizję w książce…) – i oto proszę, pan Kanaletto „JAK ŻYWY”!

para-maraMelania

Czy wypada Ci życzyć nagród? Przecież właśnie dotarła informacja, że książka „O Melanii, Melchiorze i Panu Przypadku” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel – którą twoje ilustracje współtworzą, dodając opowieści smaczków, znaczeń, dowcipu, a nawet wskazując nowe tropy literackie i interpretacyjne – została nominowana w konkursie na najlepszą książkę dla dzieci w wieku 5–8 lat w konkursie Empiku „Przecinek i Kropka”. Narysowana przez Ciebie „Alchemiczna komnata” Magdaleny Skrabskiej znalazła się wśród najlepszych książek 2013 roku wybranych przez IBBY, a przypominam, że i w 2012 IBBY nominowało twoje autorskie „Czarostatki”. Naprawdę nie ma roku bez nagród dla Ciebie! Ich listę można by wydrukować jako kolejną książkę…

Czarostatki Alchemiczna_komnata

Może więc życzyć Ci po prostu znakomitych tekstów do ilustrowania? Ale od lat współpracujesz z najlepszymi autorami!

Pozwól mi więc jeszcze trochę pomyśleć nad życzeniami i najpierw zadać pytanie: Skąd w tobie tyle barw? Taka różnorodność technik i podejścia do tekstu, który ilustrujesz? Wciąż nas (twoich fanów!) zaskakujesz…

Paweł Pawlak: Jesteś bardzo miła! Ta tendencja do zmian tonacji, technik i spojrzeń to z jednej strony prosty efekt obawy przed znudzeniem, z drugiej konsekwencja wiecznej niepewności i przewagi pytań nad odpowiedziami w tej mojej książkowej codzienności. Cieszę się, że potrafię zaskakiwać oglądaczy moich książek. Zaskakuję też siebie; świadomie decyduję się na taki krok, żeby za bardzo nie skostnieć, ale i dosyć naturalnie wypływa to ze wszystkich moich wahań.

DK: Wahasz się? Patrząc na Twoje książki, zadawałam sobie wielokrotnie pytanie, jak to możliwe, że to są zawsze strzały w dziesiątkę. Czerwono-granatowe (jak krwiobieg) aż po tasiemki zakładki „Dwa serca anioła”, szybka czarna kreska i złoto Krasnali („Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach” Wojciecha Widłaka), rozwichrzony wielobarwny autorski Jajuńciek i „stempelkowa” różowa Melania w seledynowej sukieneczce w kropeczki. Nie jestem krytykiem sztuki, tylko słowa, a jednak o żadnej z ilustrowanych przez Ciebie książek nie mogłam (i nie chciałam) mówić, pomijając jej szatę graficzną! Bo to nie tylko „szata” (która owszem, zdobi, i to jak!), lecz WSPÓŁTWORZENIE jakże rożnych w efekcie książek. Absurdalne Nieporadniki, metaforyczne Krasnale i poruszające najdelikatniejsze struny współczucia „Dwa serca anioła” to ten sam duet autorski i jakże rożne (a zawsze świetne) rezultaty. Kim jest według Ciebie ilustrator?

Sekretne-zycie-krasnali dwa-serca-aniola-b-iext6167143

PP: Projektowanie i wymyślanie książek nie jest chyba prostą zero-jedynkową grą. Ciągnąc Twoją metaforę strzelecką, powiedziałbym, że możliwych „dziesiątek”, stuprocentowych trafień jest w przypadku każdej książki wiele. To fakt trzymania przez Ciebie w ręku konkretnego, jedynego i namacalnego dowodu wyborów grafika sprawia, że ulegasz iluzji, że jest to koncepcja najlepsza z możliwych. Niech poetka w Tobie wybaczy mi banalność obrazu: nie dość, że dróg dojścia na szczyt jest wiele, to jeszcze szczytów na horyzoncie bezlik. To z perspektywy wierzchołka góry wydaje się, że innej drogi niż ta wykorzystana nie było, ale to nieprawda.

Z drugiej strony Twoje wrażenie, że o książkach, które przywołujesz, nie da się mówić z pominięciem „szaty graficznej”, przypomina mi moje wieczne wątpliwości: czy to dobrze, że  forma, którą nadaję książkom, nie jest „przezroczysta”?

Wciąż nie jestem pewien, czy słuszna jest postawa, którą przyjmuję, taka mianowicie, że książka nie jest „workiem” na słowa, że jest osobnym i samodzielnym medium, którego częścią może, ale nie musi być tekst, że jest osobną jakością, będącą czymś więcej niż suma słów i obrazów w niej zawartych.

Właśnie z takiej perspektywy patrzę na rolę grafika-twórcy książkowej formy. Coraz częściej nie wystarcza mi już słowo „ilustrator”, które niesie za sobą jakiś rodzaj podporządkowania tekstowi i niejako z definicji zakłada, że obraz i forma w książce musi być wtórna wobec jej zamierzeń literackich. Czuję, że nie jest to jedyna droga myślenia o książce. Bliższa jest mi analogia do reżysera spektaklu teatralnego, tworzącego z tekstu dramatu i teatralnych form plastycznych zupełnie nową jakość.

DK: Ale kiedy u źródła leży słowo autora tekstu, oprawa plastyczna jest rodzajem interpretacji? Nie jedynej, jak mówisz, choć jeśli doskonałej, to przylegającej do słowa, wzbogacającej je, czasem zaskakująco rozświetlające któreś z nich, a czasem tworzące nowe gry słów.

PP: Również wtedy – w moim odczuciu – plastyczna oprawa tekstu (ilustracja, ale i cała reszta elementów formy, które grafik i wydawca mają do dyspozycji: papier, format książki, jej architektura etc.) może stać się wszystkim: interpretacją, dopowiedzeniem, ale i złośliwym komentarzem, a nawet osobną narracją, snującą się zupełnie niezależnie od tekstu. Grafika książki i tekst będący pre-tekstem :-) do jej – książki – powstania, są w każdym egzemplarzu  nierozerwalnie ze sobą związane. Ten fizyczny, niezbywalny związek daje i w takich przypadkach (tj. tomów, u których źródeł leży słowo autora tekstu) pole do autorskich decyzji grafika odpowiedzialnego za formę książki; książki, która jest czymś innym niż tylko medium dla literatury.

DK: Powiedziałeś, że zdarza Ci się wahać. Czy dzielisz się tymi wahaniami ze swoimi studentami?

PP: Ci „moi studenci” to tylko krótki epizod: dwadzieścia kilka godzin warsztatu, na którym staram się przekazać w praktycznym działaniu tę wiedzę o książce, którą przez lata pracy zgromadziłem. Wątpliwości są ważną częścią tej – często intuicyjnej – wiedzy i nie czułbym się fair, gdybym wobec studentów udawał, że zbudowany jestem z jasnych i jednoznacznych odpowiedzi na wszystkie pytania.

DK: Strach się bać tych, którzy nie zadają pytań i znają odpowiedzi na wszystkie. A czy wahałeś się, wybierając książkę dla dzieci jako główne działanie artystyczne?

PP: To książka dla dzieci mnie sobie wybrała, a nie ja ją :-) Dużo czasu zajęła mi akceptacja faktu, że los nie chce, bym stał się – tak jak marzyłem na studiach – plakacistą i że to książka stanie się obszarem, w którym będę narzucał się światu :-) Również fakt, że większa część moich projektów związana jest z rynkiem książki dla dzieci, jest bardziej akceptacją tego, co niesie życie (czytaj: zamówienia wydawców), niż konsekwentnie przeprowadzonym wyborem.

DK: To, co powiem, to nie komplement: nie wyobrażam sobie polskiej książki dziecięcej bez zjawiska PAWEŁ PAWLAK. Na szczęście nie dość, że te zamówienia napływają, to jeszcze Ty je realizujesz (starannie wybierając propozycje; nie ukrywajmy, że czasami też je odrzucasz). W dodatku oddajesz prace w terminie (co nie jest takie oczywiste w tym środowisku) – po prostu wymarzony twórca.

Mówisz o swojej „codzienności książkowej”. To codzienność Twoja i Ewy. Powiedz, jak układa się dwojgu artystom pod jednym dachem? Każde z Was w swej plastycznej i literackiej twórczości dla dzieci jest „samoswoje”, a jednocześnie jako dobre małżeństwo stanowicie jedność. Jak to się robi? Jak dwojgu silnym indywidualnościom udaje się być razem i jednocześnie pozostawać sobą w kreacjach artystycznych? Ze swoimi wahaniami, pytaniami, poszukiwaniami.

PP: Widzę, że wciąż jest zapotrzebowanie społeczne na szczęśliwe historie, postaram się mu sprostać :-) Twoje pytanie zawiera już jakąś podskórną tezę, że na związku dwojga ludzi, którzy realizują w swoim życiu (w swoich życiach?) jakieś artystyczne aspiracje, musi ciążyć fatum rywalizacji. Nie mam wrażenia, że tak jest u nas; albo chciejstwo przesłania mi prawdziwy ogląd sytuacji, albo żadne z nas nie jest prawdziwym artystą, albo po prostu konflikt osobowości nie jest z zasady wpisany w taką relację.

Może – wbrew pozorom – obszary, w których funkcjonujemy, nie zachodzą na siebie? Bo podejście każdego z nas do książki, myślenie o niej jest jednak odmienne…

Może, po latach szlifowania tego wspólnego bycia ze sobą, nauczyliśmy się omijać rafy i sprawniej rozwiązywać konflikty? Godzić indywidualne wahania, pytania i poszukiwania z wahaniami, pytaniami i poszukiwaniami wspólnymi?

A może – wbrew pozorom  – nie jesteśmy aż taką jednością? :-)

DK: Ostatnią rzeczą, jaka przychodzi mi do głowy, gdy na Was patrzę, jest rywalizacja. Pierwszą: wzajemne wpływanie na siebie, dialogowanie, dochodzenie do point, po których trudno o nowe pytania, a to przecież pytania (tak! tak!) są podstawą twórczości.

Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła spytać o to również Ewę :-) Jesteście naprawdę fascynującym zjawiskiem! Ale dziś, Pawle, to Ty stanowisz obiekt moich dociekań, więc powiedz mi, ile w Tobie jest z Twojego Jajuńćka? Tego małego, trochę płochliwego artysty, którego traktowano nie do końca poważnie, a tu proszę – jego sztuka okazała się niezbędna!!! Ba, okazała się ratunkiem!

JajunciekPP: Eee… Bez przesady! Jajuńciek był dzielny, uratował swoich braci i całe królestwo; ja co najwyżej ratuję siebie.

DK: – Jajuńcio to prawdziwy Artysta – talent, pasja i zabawa. Porozmawiajmy więc o zabawie. Tylko nie mów, że tworzenie na przykład Melanii (zamieszkałej – dzięki Tobie – na Zdobywców Rzeźni 5) nie było też dobrą zabawą!

PP: To oczywiście jest w dużej mierze zabawa, ale w równie wielkim stopniu jest to rodzaj uzależnienia, potrzeby, czy nawet przymusu; to coś na kształt oddychania, bez którego nie sposób przetrwać. Źle zabrzmiałoby twierdzenie, że bawię się własnym oddechem; oddychać po prostu MUSZĘ :-)

DK: Urodziny skłaniają do refleksji, przyjrzeniu się własnej drodze. Spytam Cię więc o mistrzów i autorytety – o tych twórców, którzy Ci imponowali i tych, których dziś podziwiasz. W taki dzień może nie zabrzmi to banalnie…

PP: Tyle razy odpowiadałem już też na pytania o mistrzów i autorytety, że czuję przemożną chęć wymigania się teraz od tej kwestii. Tym bardziej, że dzień urodzin nie jest dla mnie jakąś specjalną okazją do refleksji. Staram się przyglądać własnemu życiu częściej niż raz do roku :-) Tym częściej, im mniej czasu zostaje mi do osiągnięcia średniej długości życia mężczyzny w naszym kraju… W ankiecie dla internetowego magazynu FUNpik napisałem kilka miesięcy temu, że imponują mi ci twórcy, którzy pod dostatkiem mają te cnoty, których brak odczuwam u siebie: odwagę, umiejętność improwizacji, wytrwałość. Niestety, nic się w tej kwestii nie zmieniło.

DK: Wróćmy więc do teatru. Dzięki tej naszej rozmowie po raz pierwszy popatrzyłam na książkę jak na spektakl… Twoje działania teatralne są zapewne znakomitym tematem na osobną rozmowę, ale poszukajmy teatru w twoich książkach. Może zacznijmy od kostiumu: niezapomniany płaszcz w „Komnacie…”.

Polknal_bocian_zabePP: Teatr to dobry trop. Nawet jeżeli od kilku lat moje związki ze sceną są luźniejsze, to spotkanie z teatrem, z jego przestrzenią i z jego przestrzennością, z jego istnieniem w czasie i ze scenicznym ruchem, bez wątpienia odbiło się w opracowanych przeze mnie książkach. Pewnie w najczystszej formie widać to w „Połknął bocian żabę”, drugiej książce z wyliczankami wydanej przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 1992 roku (tak, tak, już wtedy ilustrowałem książki :-) ). Na wszystkich rozkładówkowych ilustracjach, na stałej wysokości, pojawia się tam płaszczyzna sceny, na którą wkraczają coraz to nowe postacie pojawiające się w kolejnych wyliczankach.

A do płaszcza Sędziwoja, który został przez Ciebie przywołany, i ja mam ogromny sentyment. Pewnie i tu inspiracją były doświadczenia teatralne; 90% moich prac scenograficznych to projekty przygotowane do spektakli zrealizowanych przez wspaniałą i nieodżałowaną Beatę Pejcz, reżyserkę, która lubiła wykorzystywać w spektaklach ogromne płachty tkanin; raz majestatycznie falujące, raz groźnie napięte, budujące wciąż coraz to nowe przestrzenie.

DK: Skoro książka jest jak spektakl, to kto jest reżyserem? Kto wyreżyserował zamknięty w książce talk-show „Para-Mara”? Ty czy znakomicie operujący słowem i ciszą poeta Jarosław Mikołajewski? Kiedy spojrzymy na tylną okładkę tej książki to…

PP: …formalnie, w przypadku „Pary-Mary” odpowiedź jest prosta: w trakcie szukania projektowych nawiązań do podstawowego pomysłu Jarka (czyli idei programu telewizyjnego pokazanego na stronach książki) pojawił się pomysł spisania stopki redakcyjnej w formie telewizyjnej „listy płac”. Moja uzurpatorska propozycja, by przy moim nazwisku pojawiło się słowo „reżyser”, została podchwycona przez Wydawcę i zaakceptowana przez Autora. I tak już w „Parze-Marze” zostało. Oczywiście, mimo tej zuchwałości, jasne jest dla mnie, że to koncepcja Jarka jest początkiem tej książki. Co, z drugiej strony, nie przeszkadza mi myśleć, że to figura „reżysera” jest najbardziej odpowiadającą mi koncepcją na opisanie relacji książki i grafika opracowującego jej kształt.

DK: Uwielbiam tę „listę płac”! I ironię w uwadze o „nielokowaniu produktu” (już mam dość napisów po każdej audycji, że zawierała ona „lokowanie produktu” :-)

PP: To wszystko pomysły Kasi Szantyr-Królikowskiej (Wydawcy); książka jest zawsze efektem wspólnego wysiłku…

DK: Szukając podobieństw między książką a teatrem, zastanawiam się, czy zatem Brzechwę wydanego w serii „Cacko z dziurką” można porównać do zmierzenia się reżysera z Fredrą, a więc autorem wielokrotnie wystawianym, świetnie znanym odbiorcom?

KaczkaPP: W „Kaczce-dziwaczce” (wydanej pierwotnie po włosku przez Wydawnictwo Czerwony Konik we współpracy z Instytutem Polskim w Rzymie, kierowanym wówczas właśnie przez Jarka Mikołajewskiego), najważniejszym wyzwaniem było dla mnie coś innego: spójne połączenie w jednej książce osobowości Ewy i mojej; od początku było wiadomo, że mamy ten zestaw wierszy Brzechwy ilustrować razem. Gdyby traktować ten projekt jako odpowiedź na Twoje pytanie o sposób wspólnego funkcjonowania dwojga osobowości artystycznych, to wnioski nie będą budujące: narzuciłem Ewie swoją wizję książki i żadnym usprawiedliwieniem nie może być fakt, że sama mnie o to prosiła :-)

DK: Mówiłeś o wielu drogach i wielu szczytach. A co z przyjemnością szukania własnego szlaku, choć już tylu weszło wcześniej na szczyt? I co z poczuciem, że już tyle innych dróg znamy?

PP: Nie wiem, czy nie zapędzamy się zbyt daleko w metafory ścieżek i szczytów… Szukając koncepcji na potraktowanie tematu, nad którym pracuję, staram się wsłuchać w swoje najbardziej osobiste reakcje i drgnienia, jakie źródłowy tekst, pomysł lub obraz u mnie wywołują. W tym sensie każdy mój wybór jest „własnym szlakiem”. Czasami okazuje się, że ktoś już wybraną przeze mnie ścieżką wędrował, co nie musi być powodem do smutku, przeciwnie – świadczy o tym, że nie jestem w swoich wyborach samotny.

DK: Ale wolisz być pierwszym interpretatorem?

PP: Mam wrażenie, że podejście, o którym powiedziałem przed chwilą, sprawia, że nie jest dla mnie ważne, czy opracowuję jakiś tekst jako pierwszy, czy też moja interpretacja jest kolejnym ujęciem tematu wielokrotnie podejmowanego przez innych. W obu przypadkach staram się znaleźć własne spojrzenie, wypływające z tego jaki jestem tu i teraz.

DK: Mówiliśmy o przeszłości i teraźniejszości. Pozwól mi na pytanie o przyszłość: Kim jest Kostek i kiedy go poznamy?

PP: Kostek jest jednym z mieszkańców segregatora, w którym dojrzewają tematy i szkice na kolejne książki autorskie. Dojrzewają, czekając na swój czas i na wydawcę, który dostrzeże w nich potencjał wart inwestycji. Kostek właśnie takiego wydawcę znalazł, co cieszy mnie ogromnie, bo to postać bardzo krucha i niepewna siebie. Musi się teraz trochę wysztafirować, by – jeżeli nie stanie się nic nieprzewidzianego – w październiku zaprezentować się światu. A poza tym jest skryty, nieśmiały, wciąż prosi mnie o dyskrecję i byłoby nie fair, gdybym powiedział dziś coś więcej.

DK: Naszą rozmowę co jakiś czas przerywały… składane Ci życzenia. Wiem, że i na mnie już pora, bo czas oddać Cię temu, co lubisz najbardziej, Twojej (NIE!)codzienności książkowej. Zatem – jako Waga (podobno najbardziej wahający się znak zodiaku) – życzę Ci z całego serca, żeby te Twoje wahania nie ustawały. Bo efekty tego Twojego „a z drugiej strony” są nieocenione. I żebyś, Szanowny Jubilacie Pawle-Jajuńćku, nigdy nie zapominał, że Twoja sztuka, Twoja powaga i niepowtarzalne poczucie humoru są nam absolutnie niezbędne!!!

PP: Życzenia wspomagające pamięć przyjmuje się w moim wieku z ogromną radością, dziękuję Ci więc za nie ogromnie! Muszę jednak zaprotestować przeciw utożsamianiu mnie z tak szlachetną i godną podziwu postacią, jaką był Jajuńciek. To właśnie mój mistrz! Ma wszystko to, o czym mogę tylko marzyć: odwagę, umiejętność improwizacji, wytrwałość… Nie sięgam mu do pięt!

Dodaj komentarz