SZTUKA DIALOGU. Rozmowa z Lilianą Bardijewską

Gdyby nie Liliana Bardijewska i jej „Zielony wędrowiec”, pewnie dziś nie zajmowałabym się książką dziecięcą. Mój syn był już wtedy za duży na bajki, a ja tkwiłam po uszy w mrocznych księgach i stertach tomików poezji… A tu nagle – przypadek (choć podobno w życiu nie ma przypadków) – i miłość od pierwszego wejrzenia: do tego pióra, tej wyobraźni, tego typu humoru, tej kultury opowieści. Potem Lilka zadzwoniła, by podziękować za recenzję, i zaczęłyśmy rozmawiać. I ta rozmowa zamieniła się w przyjaźń… z całą niezwykłą Rodziną Bardijewskich.

zielony-wedrowiecDrobinka-smieszynkabractwo-srebrnej-lyzeczki_bigZa-8-gora

Dorota Koman: Kiedy po raz pierwszy przeczytałam „Zielonego Wędrowca”, nie mniej niż sama bajka utkwiła mi w pamięci twoja „strona z autografem”. Ze zdjęcia na tej stronie patrzyła na mnie mała Lilka, a ja zastanawiałam się, kiedy ta Lilka stała się tak znakomitą bajkopisarką ?…

Liliana Bardijewska: Od małego miałam skłonność do konfabulacji i tworzenia światów „równoległych”. We wszystkich nieomal napotkanych przedmiotach i zabawkach odgadywałam jakąś opowieść, historię, bajkę. Z upływem czasu zaczęłam odkrywać te historie także w białej kartce papieru, która do dziś jest moją największą inspiracją… Pisanie przyszło samo – w literackim domu, takim jak mój, było czynnością codzienną, całkowicie naturalną jak jedzenie czy spanie.

D.K.: Przypomnijmy, że jesteś autorką dwóch opublikowanych książek: w tym roku ukazał się „Zielony Wędrowiec”, a znacznie wcześniej, bo w 1984 roku nakładem czytelnika wydany został „Ratatuj”. Teraz na swą premierę czeka „Bractwo Srebrnej Łyżeczki”. Jednak 16 lat dzielących bardzo udany debiut od następnej książki to szmat czasu…

L.B.: Rzeczywiście między „Ratatujem” i „Zielonym Wędrowcem” była spora przerwa, wynikająca bynajmniej nie z lenistwa! Napisałam w tym czasie wiele słuchowisk i kilka sztuk teatralnych. Ale przez 10 lat po studiach slawistycznych zajmowałam się przede wszystkim przekładami literatury bułgarskiej – niezasłużenie mało znanej w Polsce. Tłumaczyłam groteski sceniczne i radiowe J. Radiczkowa, St. Stratijewa, M. Minkowa St. Canewa, pełne humoru opowiadania dla dzieci „My, wróbelki” J. Radiczkowa, fatalistyczną prozę Al. Tomowa „Elegia dla ptaków”. To był dla mnie ważny okres. Przekład to bowiem najlepsza, choć twarda szkoła literackiego rzemiosła i autorskiej pokory. Trzeba być wiernym, choć na każdym kroku kusi zdrada – chciałoby się to czy owo napisać inaczej, po swojemu. Ale lojalność wobec autora zwykle zwycięża. To był też okres mojego zbliżenia do teatru.
Początkowo do teatru bułgarskiego – tak mało w Polsce znanego – który opisywałam na łamach pism branżowych. A wkrótce potem – do teatru lalek, który do dziś jest moją wielką pasją. To niezwykły obszar magicznych teatralnych światów, nieograniczonych inscenizacyjnych możliwości i wspaniałych ludzi. Chciałam poznać jego specyfikę, szukałam lektur na ten temat i zdumiało mnie, jak mało się pisze o tym wielkim zjawisku, tworzonym przez ponad 30 teatrów, dających ponad 100 premier rocznie! Zaczęłam pisać sztuki dla teatru lalek, który – paradoksalnie – ma wiele wspólnego z radiowym teatrem wyobraźni. Środowisko powitało mnie z sympatią, ale wkrótce okazało się, że lalkarzom bardziej jest potrzebne moje pisanie o ich teatrze, a mniej dla ich teatru. I tak trwa do dzisiaj – na co dzień zajmuję się recenzowaniem i opisywaniem spektakli lalkowych, a w niedzielę tworzę swoje własne inscenizacyjne wizje, które od czasu do czasu trafiają na scenę.

D.K.: Wiesz na pewno, że również bohaterowie twoich książek są bardzo teatralni… Choćby moja ulubiona postać – Hmm, która nieustannie rozmawia sama ze sobą… Może dlatego właśnie jest mi tak szczególnie bliska. A Tobie? Lubisz tak „dialogować”?

L.B.: Od samego początku moje konfabulacje miały formę dialogową – dialogowały ze sobą kasztanowe ludziki, guziki, lalki. To też prawdopodobnie wpływ domu, gdzie od zawsze królowało słowo i słuchowisko. Nic więc dziwnego, że debiutowałam właśnie słuchowiskiem i przez kilka lat byłam mu wierna. Potem przyszła potrzeba, żeby dokładniej słowem opisać świat, który w radiowym teatrze wyobraźni opisywany był dźwiękiem. Wtedy właśnie urodził się „Ratatuj” ze swoją niespieszną, nieco pedantyczną narracją i z bohaterami, którzy dialogowali sami ze sobą, żyjąc bardzo „rozgadanym” życiem wewnętrznym. Większość z moich pomysłów „rodzi się” wraz z formą – jedne domagają się dialogu radiowego, inne – scenicznego, jeszcze inne – kształtu narracyjnego. Trudno to rozumowo wytłumaczyć.

D.K.: Mówisz, że trudno to wytłumaczyć rozumowo, a przecież kompozycja twoich opowieści jest bardzo wykoncypowana. Wnikliwy czytelnik nie tylko zauważy wątki metatematyczne, ale i da się wciągnąć w proponowaną przez ciebie zabawę literacką. Potrafisz zręcznie wpleść w baśń trochę teorii literatury, z przymrużeniem oka przemycić nieco teorii języka, by za chwilę z szelmowskim uśmiechem powiedzieć „teraz idźcie na spacer”…

L.B.: Wynika to po części z przekory – lubię przełamywać konwencje, rozbijać je na elementy i tworzyć z nich nową formę. Po części zaś to zapewne wpływ mojej fascynacji jeszcze od lat szkolnych XVIII-wieczną powiastką filozoficzną, pełną dygresji, zapętleń akcji, pauz i przewrotnych zabaw z czytelnikiem. Uwielbiam to Voltaire’owskie przymrużenie oka, ów przekorny angielski humor Fieldinga czy Sterne’a i ich błyskotliwe dialogi z czytelnikami.

D.K.: Króciutki cytat z „Ratatuja”: „Pozwólcie, że te smoczą opowieść umieścimy w oddzielnym, ósmym rozdziale, by smoki nie miały za złe, że każdy oprócz nich ma swój własny rozdział (…)”.

L.B.: Bliska jest mi konwencja groteski zarówno w literaturze, jak i w teatrze. Stąd przekorna konstrukcja „Ratatuja”, stąd podszyta ironią autotematyczna „Ósma góra” czy nieco satyryczna sztuka dla młodzieży „Pięć minut”. Lubię grę z inteligentnym, wrażliwym odbiorcą – czytelnikiem i widzem. To dla mnie kolejne „piętro” dialogu, które wpisuję w większość moich tekstów. W niektórych sztukach dla dzieci liczę wręcz na udział publiczności w kreowaniu świata scenicznego. Zakładam przy tym pewien margines improwizacji… dyskretnie kontrolowanej.

D.K.: Kiedy czytałam twoje sztuki, zaskoczona byłam precyzją didaskaliów. Czyżbyś aż tak dokładnie wiedziała, jaką realizację swojej sztuki chcesz zobaczyć?

L.B.: To prawda, że w wielu moich sztukach zapisana jest bardzo wyrazista koncepcja inscenizacyjna. Ale nie jest ona przecież obligatoryjna. To tylko jedna z możliwych interpretacji scenicznych, forma zaproszenia reżysera do polemiki czy nawet prowokacja do sprzeciwu. Wiele z moich sztuk trafiło na sceny teatrów dziecięcych i młodzieżowych. Młodych bynajmniej nie peszyły moje sugestie umieszczone w didaskaliach, jedne przyjmowali, inne odrzucali. I to jest całkowicie naturalne – spektakl teatralny jest przecież formą dialogu między autorem, inscenizatorami i publicznością, dla której powstaje.

 D.K.: Didaskalia dopełniają dialogi sztuki, trochę tak jak rysunki dopełniają opowieść, zwłaszcza tę dla dzieci. Skoro tak dobrze umiesz zapisać swoje wyobrażenia słowami, powiedz, czy umiesz też rysować? Czy kiedykolwiek rysowałaś swoich bohaterów?

L.B.: Jest moim kalectwem, że zupełnie nie umiem rysować. Stąd – może paradoksalnie – wzięło się moje pisanie. Próbuję opisać to, czego nie umiem narysować? Powiem więcej – nie mam wyobraźni plastycznej. Potrafię się jedynie domyślić, przeczuć, jak wyglądają moi bohaterowie. Wiem, że stoją tuż za moimi plecami, słyszę ich, wyczuwam, ale kiedy się odwrócę – pustka. Dlatego tak ważny jest dla mnie kontakt z ilustratorem. On potrafi zobaczyć to, czego ja nie widzę. I tu miałam ogromne szczęście. Wszystkie trzy moje książki dostały się w najlepsze możliwe malarskie ręce. Joanna Zimowska-Kwak pokazała mi bohaterów „Ratatuja” – rozbieganą Hmm, zamyślonego Drożdżka, niefrasobliwych braci bliźniaków, Wielkouszka i Długoniuszka. Adam Kilian wyczarował kolorowe światy „Zielonego Wędrowca” – to była wspaniała, trwająca blisko rok przygoda, kiedy pozwalał mi zaglądać przez ramię i przyglądać się, jak rodzą się ślimak Lazur, ptak Pąs, biały miś i zielony jeżozwierz. Poznałam już także bohaterów mojej najnowszej opowieści „Bractwo Srebrnej Łyżeczki”, których przedstawił mi Edward Lutczyn – Kajtka, czyli „łakomczucha inaczej” oraz trzech jego wypróbowanych przyjaciół: Smaka, Niucha i Ucha. Mam nadzieję, że czytelnicy poznają ich w przyszłym roku.

D.K.: Twoich bohaterów nie sposób nie lubić, a książki czyta się jednym tchem. Może i dlatego, że znakomicie potrafisz ominąć mielizny nudnego dydaktyzmu, natrętnego moralizatorstwa?

L.B.: Od początku swojego pisania bardzo się wystrzegałam wszelkich dydaktyczno-moralizatorskich pokus. Jak ognia unikałam wszelkich pouczeń, morałów, sformułowań expressis verbis ect. To był w moim pojęciu dowód szacunku i zaufania dla młodego i najmłodszego odbiorcy. Aż pewnego dnia… Było to w Kłodzku podczas „Małego Zderzenia Teatrów”. Po nader dydaktycznym, nudnawym spektaklu Dickensowskiej „Opowieści Wigilijnej” uczestniczyłam w spotkaniu zespołu z bardzo wyrobioną i polemiczną, a zarazem niezwykle szczerą dziecięcą publicznością. Spodziewałam się miażdżącej krytyki, a usłyszałam bardzo wnikliwą analizę postępowania bohaterów z powoływaniem się na kilkakrotnie powtarzany w spektaklu morał, że „trzeba być dobrym”. Natomiast ci sami dyskutanci nie zostawili suchej nitki na musicalowej inscenizacji „Doktora Dolittle”, gdzie jeden jedyny raz padło pouczenie, że „trzeba być grzecznym i myć zęby”. „Nie po to idziemy do teatru, żeby słyszeć to, co w domu” – argumentowali rozżaleni. Jak się więc okazuje bywają rozmaite „piętra” dydaktyzmu. Dało mi to sporo do myślenia – może i w tym starzy mistrzowie mieli rację?

D.K.: Ja jednak proszę cię, zostań taka, jak jesteś. Wrażliwi czytelnicy sami dojdą do wniosku, że warto wędrować, zdobywać doświadczenia, dawać i dostawać kolory; że jest to po prostu nieuniknione. Dzieci same (lub w rozmowie z rodzicami) dopowiedzą morał, z czasem zaś – samo życie dopisze pointę… Twoje bajki jakby mimochodem skłaniają do przemyśleń. Są bardzo „psychologizujące”, prawda? I wiesz, myślę, że Stworek nawet troszkę przypomina Ratatuja…

L.B.: To prawda – obaj ci nadwrażliwcy mają wiele wspólnych cech. Ale też nic dziwnego – obaj są przecież dalekimi krewnymi Muminków i nawet nie próbują tego ukryć. To wielka i szlachetna rodzina, więc zaszczyt do niej należeć po najdłuższej choćby kądzieli…

D.K.: Myślę, że wśród bohaterów polskich bajek jest jeszcze co najmniej kilku dalekich krewnych Muminków, a teraz polska książka dziecięca jest bogatsza także o nowe wydawnictwo – Agencję Edytorską EZOP. Czym dla ciebie jest EZOP?

L.B.: EZOP to wspaniała życiowa przygoda, którą w warunkach dzisiejszego rynku książki, należy zaliczyć do … sportów ekstremalnych. Ela i Mariola Cichy powierzyły mi realizację swojego życiowego marzenia: organizację wydawnictwa dla dzieci i młodzieży, które promowałoby współczesną polską literaturę i ilustrację. Blisko rok trwały przygotowania, przymiarki, dyskusje, szukanie przyjaciół i sprzymierzeńców. Rok temu ukazały się pierwsze książki w trzech seriach, do których loga zaprojektował Adam Kilian, a których „znakiem firmowym” są „Strony z autografem” – odręczne dedykacje autorów każdej z książek dla czytelników. (Czyli znów forma dialogu ludzi z … obu stron kartki papieru.)   Cieszą nas edytorskie i środowiskowe sukcesy naszych „pierworodnych”, podnosi na duchu pięć dyplomów, zerkających ze ściany. Ale martwi nieobecność tych książek w księgarniach, spędza sen z powiek trudna współpraca z hurtowniami. Czytelnicy na szczęście nie zawodzą. Przekonują nas o tym komplety na spotkaniach autorskich w Teatrze Lalka i w licznych bibliotekach. A także korespondencyjny kontakt z dziećmi, które przysyłają nam swoje plastyczne wizje „Ezopowych” książek.

D.K.:  Odkąd bardziej wnikliwie obserwuję polski rynek książki dziecięcej, raz po raz słyszę o nagrodach EZOPA, przyznawanych przez tak szacowne gremia jak Polskie Towarzystwo Wydawców Książek, Polska Sekcja IBBY czy Biblioteka Raczyńskich. Trzymam kciuki za dalsze powodzenie wydawnictwa. To, co robicie, jest potrzebne zarówno małym czytelnikom, jak i nam – rodzicom, którzy często zagubieni jesteśmy w gąszczu nie zawsze wartościowych książek dla dzieci.
Myślę, że podobnie bywa z tym, co piszesz. To jest potrzebne nie tylko (choć przede wszystkim) dzieciom, ale i nam, dorosłym, którzy po raz kolejny – dzięki twoim opowieściom – możemy wejść w piękny, bajkowy świat…

L.B.: Nie dzielę swoich odbiorców na starszych i młodszych. Ważny jest dla mnie ich poziom wrażliwości, gatunek poczucia humoru, zdolność odczytywania metafory. Tak jak nie istnieje „statystyczny” dorosły, tak nie istnieje „statystyczne” dziecko. Niekiedy pięciolatek bywa dojrzalszy od piętnastolatka. Dlatego pisząc, myślę o czytelnikach i widzach, widzących świat w podobnych barwach jak ja. A spotkania i bezpośrednie rozmowy z nimi przekonują mnie, że jest ich wcale nie mało!

Dodaj komentarz