JULKA KULKA, FIOLETKA I RAFAŁ WITEK – Rozmowa z autorem

Rafał Witek – chyba najbardziej przewrotny ze znanych mi autorów. Trochę niesforny. Wciąż mnie czymś zaskakuje. A to kolejnym „Wierszem dla niegrzecznych dzieci”, a to wymyśloną przez siebie fabułą czy postacią.

Ta rozmowa pokazała mi jeszcze inne twarze Rafała… wysokiego dojrzałego mężczyzny o miękkim, dobrym sercu. I stała się początkiem naszej serdecznej znajomości.

Julka-kulkaPlaza-TajemnicZwykla-dziewczynka altCudnie-paskudnieZmyslone-historie

Dorota Koman: Może zacznijmy zwyczajnie. Od przedstawienia się.
Nazywam się Dorota Koman i jestem „uważnym” (mam nadzieję) czytelnikiem książek dla dzieci. Ty jesteś Autorem, którego książką zachwyciłam się… kiedy to było? W 2004 roku, gdy wygrałeś konkurs Znaku „Popisz się przed dzieckiem” i jako pokłosie tego konkursu wydałeś „Plażę tajemnic” i dołączony do niej tomik „Wierszy dla niegrzecznych dzieci”. A wcześniej? Oczywiście, można to sprawdzić  w Internecie – zadebiutowałeś w Siedmiorogu książką „Zwykła dziewczynka”. Jednak mam wrażenie, że w świadomości Czytelników zapisałeś się właśnie „Plażą tajemnic”. Co się działo później?

Rafał Witek: Po „Plaży…” była bardzo dla mnie ważna książka pt. „Cudnie paskudnie”, która została wydana przez Telbit jako książka dla młodzieży, ale tak naprawdę – podobnie jak wszystkie moje rzeczy – jest książką dla nieznanego odbiorcy :-) No a po „Cudnie…” w tymże samym Telbicie wyszła trzecia i ostatnia część przygód Dzidzi, czyli „Zmyślone historie”. Co ciekawe, ta ostatnia część została napisana jako pierwsza, dawno temu, bo w 1997 roku, kiedy byłem na stypendium UNESCO w Delhi.

D.K.: Na stypendium w Dehli? Co tam robiłeś? Czym zajmuje się Rafał Witek, kiedy nie pisze „książek dla nieznanego odbiorcy”? (To bardzo niemarketingowe podejście do rzeczy… Pewnie dlatego tak bardzo podobają mi się Twoje książki, że nie starają się „trafić w segment”).

R.W.: Do Delhi trafiłem z powodu mojego pieR.W.szego tomiku wierszy dla dorosłych. Bo piszę i takie wiersze, a kiedyś w dodatku miałem czelność je wydawać. Komuś w Paryżu się spodobały i wysłali mnie do Delhi, na co byłem wtedy zupełnie nieprzygotowany. No ale jakoś przetrwałem :-)
A co ja robię, kiedy nie piszę? Pracuję w korporacjach. Teraz akurat trafiła mi się dość miła i bliska moim zainteresowaniom korporacja. Jestem opiekunem literackim podręczników do nauczania zintegrowanego wydawanych przez Nową Erę. Pracuje tam też Wojtek Widłak i razem tworzymy w tej korporacji komórkę liryczno-prozatorską :-)

D.K.: Dwaj Krasnale w wielkich kapeluszach (to oczywiście z Widłaka) czy może Pan Kuleczka i…? No właśnie, gdzie Cię szukać w twoich książkach? Dziadkiem Dzidzi raczej nie jesteś (sprawdziłam w Internecie – jesteś rocznik 1971; może od razu powiedzmy, że nie widzieliśmy się dotąd na oczy; znamy się tylko z czytania, choć wiesz – guzik się znamy, bo ja też od lat piszę wiersze dla dorosłych, a jednak wierszowane drogi nam się nie przecięły). Powiedz mi, gdzie szukać Rafała Witka? Między wersami?

R.W.: Gdzie mnie szukać w moich książkach? Chyba w języku, w sposobie narracji, a nie w konkretnych postaciach. Tak, zdecydowanie w języku. Myślę, że moje zdania w jakiś sposób odzwierciedlają to, jaki jestem i jak czuję czy odbieram świat. Kiedy czasami zdarza mi się zajrzeć do moich starych książek, to trafiam tam na sformułowania czy frazy, które odbieram jako mój „odcisk palca”, coś, co jest mi nadal bliskie.

D.K.: Hm, jeden z moich tomików nosił tytuł „Pokaż język” – no tak, bo po języku go poznacie.
„Pan Hilary wstał o świcie
– Gdzie jest całe moje życie?”
Czy wiesz, że rozesłałam kiedyś ten Twój wiersz dla niegrzecznych dzieci („Stary pan Hilary”) do wszystkich moich przyjaciół? (Tylko nie pytaj o tantiemy ;-) Chciałam, żeby – śmiejąc się i wspominając dzieciństwo – przypomnieli sobie, że „Życie to nie okulary!”.
Ale skoro już rozmawiamy wierszami, to ostatni mój tomik nosił tytuł „Gdzie jest czas teraźniejszy?’. Czy zauważyłeś, że przy prezentacji książek umknął Ci czas teraźniejszy, czyli „Julka Kulka, Fioletka i ja” – książka, która poruszyła mnie tak bardzo i sprowokowała do „odszukania” Rafała Witka (nie mówiąc już o ustawicznym, czyli „gdzie tylko można” polecaniu” tej książki). Przepięknie wydana przez wydawnictwo Bajka, ma – podobnie jak to wydawnictwo  – zaledwie kilka tygodni.
Powiedz, skąd się wzięło „Szczęśliwe zakończenie”, które odwraca całą wymowę książki i łapie za gardło…?

R.W.: Muszę się przyznać, że znam twoje wiersze. A jedna z twoich fraz – „dlaczego graffiti zamiast haiku” (sorry jeśli niedokładnie cytuję) – weszła nawet do mojego osobistego słownika cytatów :-)
Wracając do „Julki Kulki…” – to jest projekt, który dość dobrze ilustruje moją filozofię pisania dla dzieci. Po pieR.W.sze, wciąż szukam nowych, ciekawych form, jakiegoś zaskakującego sposobu na opowiadanie historii. Po drugie, wierzę, że dzieci czekają na ważne (i poważne) rozmowy – a książka jest formą rozmowy z czytelnikiem. Nudziłoby mnie pisanie słodkopierdzących historyjek o idealnym świecie i uroczych małych chłopcach i dziewczynkach. Ktoś już kiedyś to napisał, niektórzy nadal to piszą z zapałem godnym lepszej sprawy… Zakończenie „Julki Kulki…” jest więc przykładem tego podejścia, o którym mówię. A wzięło się stąd, że – wiesz – to jest ważne i to jest bolące. O własnych doświadczeniach z domami dziecka może nie będę się rozwodził, bo to temat na inną opowieść. W każdym razie od zawsze pracowałem społecznie – a to w świetlicach, a to w sierocińcu, a to na koloniach Caritasu. Nie wystarcza mi pisanie dla dzieci, chcę też robić dla nich coś w realu.

D.K.: Andrzej Strąk (dobry poeta, również znakomicie piszący dla dzieci, które zapewne znają go głównie z dobranocek o  pingwinku Pik-Poku) napisał kiedyś: „Chcesz być dobrym poetą / bądź dobry”. Zatem tworzenie świata również w realu, tak?

R.W.: Moim idolem jest Korczak. Ja nie mam niestety tyle siły i odwagi, żeby żyć jak on – całkowicie dla dzieci – ale jakieś drobiazgi udaje mi się dla nich zrobić. Trzeba zdać sobie sprawę, że dzieci są na co dzień otoczone ogromną masą głupców, którzy w dodatku mają nad nimi władzę. Więc jak przychodzi ktoś choćby z krztą wyobraźni i poświęca im swój czas, to one się z tego bardzo cieszą. (Wiem, że to zabrzmiało megalomańsko, ale tak jest).

D.K.: Wytłumaczmy może tym, którzy jeszcze książki nie czytali (szczęściarze, mają wszystko przed sobą!), że „Julka Kulka…” to opowieść 10-letniego chłopca o jego dwóch młodszych siostrach, którymi często musi się zajmować. Wymyśla więc przeróżne historie, m.in. robi wywiady (jak ja z Tobą ;-) – a to z królewnami rysowanymi przez dziewczynki, a to z wielbłądem, z to Alicją w Krainie Czarów (te językowe potyczki to zdecydowanie moja ulubiona część tej książki – „Pokaż język”… tym razem angielski, w którym z 3 milionów słów używa się na co dzień tak niewielu, a za granicą to już wystarczą trzy: halo, taxi i hotel…).
Formy tej opowieści bywają różne – są i wierszyki, i bajki, i minidramaty, i bardzo charakterystyczne „A żebyś wiedział”. Skąd pomysły? Może nie tyle na formę (skoro już się przyznałeś, że szukać mamy Cię w języku, to rozumiem, że tak wielobarwna opowieść to  „Witkowy standard”), co na różnorodność tematów, skojarzeń, wniosków, zaskakujących point…

R.W.: Wkraczamy teraz na takie pole, które „niepiszących” ludzi może nieco nudzić. Bo w skrócie to jest tak: te „duże” pomysły, czyli pomysły na całą książkę, to najczęściej rzeczy, które noszę w sobie od dawna i które wynikają z jakichś moich doświadczeń, obserwacji, przeżyć itp. Natomiast „małe” pomysły, czyli pomysły na poszczególne części książki, na rozdziały, pointy, opisy itp. rodzą się w trakcie pisania. Jak grzebiesz w jakiejś materii, to się po prostu dogrzebujesz. Zacytuję tu Dzidzię: kto w nic nie wnika, temu nic nie wynika :-)

D.K.: Rzeczywiście, zrobiło nam się poważnie, na szczęście Dzidzia przywróciła nas do porządku. A Ty tak jak Dzidzia po mistrzowsku chowasz poważne historie pod dywan… żartów, zabaw i gier  językowych, zaskakujących skojarzeń. A przede wszystkim nie piszesz dla odbiorcy w wieku od–do, więc można sobie wybrać sposób, na który się Ciebie czyta (mnie się czytasz zaskakująco – cóż, Kot o imieniu Myszka się w końcu nie znalazł… ).  Skoro nie lubisz tych „słodkopierdzących” (to cytat z Ciebie i temat do dłuuuuugiej dyskusji), to kogo lubisz czytać?

R.W.: Lewis Carrroll i jeszcze raz Lewis Carroll. Jego twórczość zawiera w sobie w zasadzie wszystko, co wydaje mi się kluczowe dla dobrej powieści dla dzieci. Zwróć uwagę, że jego książki wciąż – po tylu latach – są nowatorskie, wręcz awangardowe. U Carrolla wszystkie elementy są niesamowicie spójne, treść pomaga kształtować formę. A przy tym ta jego wynalazczość, ciągłe poszukiwanie, ciągłe zaskakiwanie… Piękny, mistrzowski język idzie w parze z dowcipem, rubaszność przeplata się z elegancją, proza z poezją, dogłębne zrozumienie istoty dzieciństwa (dziecięctwa) sąsiaduje z bardzo dorosłym spojrzeniem na niektóre rzeczy. Bardzo żałuję, że w Polsce są szeroko znane tylko obydwie części przygód Alicji (polecam przekład Roberta Stillera, na inne szkoda czasu), a nie ma reszty jego dorobku – monumentalnej, ale przy tym rozkosznej powieści „Sylvie and Bruno”, zagadek i łamigłówek matematycznych, wierszy… To znaczy, niektóre z tych rzeczy pojawiły się w niszowych wydaniach, na przykład Słomczyński bodajże opublikował rzecz straszną – okrojony o jakieś 70% przekład „Sylvii…”.
A co do innych autorów… Dwie skrajności: Nabokov i Różewicz. I Andersen. I Elias Canetti, wielki Canetti. O Korczaku już wspomniałem. Czytam też trochę „bieżączki” (czyli konkurencji :-), ale ogólnie staram się stosować metodę Różewicza i nie zabierać się za rzeczy młodsze niż 20 lat. Zazwyczaj te 20 lat wystarcza, żeby się ostało to, co ma się ostać. No i gazety też uwielbiam wczorajsze albo i starsze.

D.K.: A „Świerszczyk” czytasz od razu czy też każesz mu przybierać (z czasem) na atrakcyjności?

R.W.: No nie, „Świerszczyk” czytam. Chociaż też zazwyczaj z tygodniowym poślizgiem.

D.K.: Spytałam o „Świerszczyk”, bo tam można znaleźć Twoje wiersze dla dzieci, a w dodatku wydawnictwo Bajka, w którym ukazała się Twoja ostatnia książka, prowadzi była redaktor naczelna „Świerszczyka”. Zatem od ilu (mniej więcej) lat współpracujesz z Kasią Szantyr-Królikowską?

R.W.: Do Kasi odezwałem się wkrótce po mojej przeprowadzce z Wrocławia do Warszawy (1995). Bardzo mi się podobał „Świerszczyk” pod jej przywództwem, więc zaproponowałem swoje usługi, a Kasia je przyjęła. Było to dla mnie dużym zaszczytem, bo „Świerszczyk” ma stałą bazę świetnych autorów i rzadko wpuszcza na swoje łamy kogoś zupełnie nowego. Poza tym Kasia – w przeciwieństwie do większości wydawców i redaktorów w tym kraju – ma w zwyczaju odpisywać na maile, co bardzo nam na początku ułatwiło kontakt ;-) Naturalną konsekwencją tej współpracy „świerszczykowej” stała się współpraca z Kasi wydawnictwem, któremu kibicowałem od momentu powstania.

D.K.: Czy mam rozumieć, że Rafał Witek znalazł wreszcie swojego Wydawcę (o tych dobrych naprawdę chętnie pisze się wielką literą)? Czy zwiążesz się na stałe z Bajką, która tak pięknie wydała „Julkę Kulkę…”? Twarda okładka, duży format, świetne ilustracje Agnieszki Żelewskiej. Tę książkę lubi się już od wyklejki, do której „przypięte” są dwie karteczki, czyli plusy i minusy „posiadania dwóch młodszych sióstr”; a wszystkie „A żebyś wiedział” (troszkę wzorowane na „Czy wiecie, że…?”) przypominają tzw. sklerotki, czyli przyklejano-odklejane żółte karteczki.

R.W.: Mam wielką nadzieję, że będziemy współpracować z Bajką długo i szczęśliwie. Co nie zmienia faktu, że czasami się z Kasią okropnie żremy o różne drobiazgi, ale tak to jest, kiedy się spotyka dwoje ludzi z wizją J

D.K.: Zdradzisz, czy i jakie macie plany?

R.W.: Na wiosnę Bajka wyda mój drugi zbiór wierszy dla dzieci. Bardzo długo na to czekałem i bardzo mi na tym zależało, a Kasia chyba wyczuła, że nie samą prozą świat stoi. A oprócz wierszy pracuję też nad dwoma nowymi powieściami, z których jedna wyjdzie w ramach „Serii z… dreszczykiem”. Zdradzę tylko, że szykuje się kosmiczna draka!

D.K.: Wydawca, który nie boi się współczesnych wierszy?

R.W.: No właśnie, tak to jest z tymi wierszami, że większość wydawców się ich boi. Podobno powieści się lepiej sprzedają. Na szczęście kierownictwo Bajki nie jest strachliwe, a do tego ma pomysł na wydawanie książek dla dzieci. Zbiór wierszy, nad którym teraz pracujemy, zapowiada się naprawdę ciekawie. Będą to wiersze z jajem, żadne tam liryczne smutasy, tylko porządna, wesoła, trochę niepokorna i bardzo dynamiczna poezja dla małych, średnich i nawet całkiem dużych.

D.K.: To może na zakończenie trochę ponarzekajmy (jednak ze szczyptą nadziei). A jest na co narzekać: naprawdę łatwo nie trafić do czytelnika z dobrą i ważną książką. Mówię oczywiście o złej dystrybucji. Nawet „Plażę tajemnic” dostrzegłam głównie dzięki konkursowi, a nie na półkach księgarskich. Jakie są Twoje dotychczasowe doświadczenia z „obecnością na księgarskiej półce”?

R.W.: Ale to nie tylko o obecność na półce chodzi. To chodzi o promocję, umiejętność sprzedawania nowych autorów. Polskie wydawnictwa mają z tym problem. Najchętniej wydawałyby autorów już znanych i uwielbianych, a najlepiej przy okazji martwych, żeby nie musieć im płacić. Tę sytuację pogłębiają media, które też wolą pisać po raz setny o premierze Harry’ego Pottera czy Mikołajka, zamiast pochylić się nad książkami mniej pokupnymi. Tak naprawdę to o klasie i o randze wydawnictwa świadczy umiejętność wpływania na odbiorców i proponowania im nowych rzeczy, kształtowania ich gustów, przełamywania przyzwyczajeń. Dobre wydawnictwo powinno być opiniotwórcze. Wszystko wskazuje na to, że takim wydawnictwem chce właśnie być Bajka – dlatego cieszę się na tą współpracę. „Julka Kulka…” świetnie pokazuje próbkę możliwości i ambicji tego wydawnictwa.

D.K.: Życzę Ci, żebyś trafił z „Julką Kulką…” do jak największej liczby czytelników. A ci – mali, więksi i najwięksi – jeśli tylko będą mieli ją szansę przeczytać, to na pewno „Julkę Kulkę…” – co najmniej – polubią.
Dzięki za wspólny – internetowy – wieczór.

R.W.: To ja dziękuję!

Dodaj komentarz