TWARZĄ W TWARZ ZE STRACHEM. Małgorzata Strzałkowska, „Zielony, Nikt i ktoś”

zielony-nikt-ktosWielka jasna żółta kula na fioletowym tle (ilustracja Piotra Fąfrowicza na okładce trzeciego tomu opowieści Małgorzaty Strzałkowskiej, których bohaterami są Zielony i Nikt) zawieszona nad tonącą w soczystej zieleni, obsypaną drobnymi zielonymi kwiatkami Ziemią nastraja optymistycznie. To już nie uwięziony wśród konarów drzew, świecący tajemniczym blaskiem księżyc z okładki pierwszego tomu (pokryty fluorescencyjną farbą, świeci również dosłownie), gdy poznawaliśmy bohaterów tej historii: zamkniętego w swej studni i tylko z jej perspektywy obserwującego mijające dni i noce Nikta (tak imię swego bohatera odmienia sama Autorka), któremu z pomocą przychodzi radosny, pełen życia Zielony.

Jednak nie dajmy się zwieść pozorom. Również jasny krąg światła może być niebezpieczny… jeśli mu na to pozwolimy.

Kiedy po raz drugi spotkaliśmy tę parę przyjaciół (w książce „Zielony, Nikt i gadające drzewo”), Nikt znów potrzebował wsparcia. Szukał wówczas swojej drogi, swojego miejsca w życiu. I znów z pomocą przyszedł mu Zielony. Nie znaczy to jedna, że wskazał drogę. Lecz sens. Sens szukania i wartość porażki. Nie prowadził. Lecz wspierał. Towarzyszył przyjacielowi.

Z niecierpliwością – podobnie jak inni miłośnicy tych książek – czekałam na kolejną historię z życia człowieka, który dzięki przyjacielowi odważył się wyjść z na pozór bezpiecznej, aż za dobrze mu znanej studni. Na opowieść, która jak „Mały Książę” A. de Saint-Exupery’ego może towarzyszyć czytelnikowi od lat ośmiu (jak określił wydawca, choć to oczywiście umowna dolna granica wieku) do późnej starości. Bo tak jak każdy (mały czy dorosły) wrażliwy czytelnik wpisze swoją treść w metaforę studni, tak każdy po swojemu odczyta przypowieść o świetle, które nie pozwala zasnąć Nikomu. Udręczonemu lękiem, koszmarami sennymi, a raczej bezsennymi. Znów szukającemu bezpiecznego miejsca w ukryciu, w izolacji, w ucieczce. I znów przywróconemu życiu przez Zielonego. Bo przecież – jak mówił Lis – „Jesteś odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś”. A skoro tak, to piękny zielono-kolorowy sen Zielonego w zielono-kolorowej pościeli przerwie wołanie przyjaciela o pomoc (choć Nikt nie wołał – za bardzo się bał, by zawołać). I kolejny raz zaniepokojony losem przyjaciela Zielony przyjdzie mu z pomocą.

Historia jednak nie tyle się powtarza, ile rozwija. A światła reflektorów skierowane na głównego bohatera wydobywają przede wszystkim… Zielonego.

To dość przewrotne – bo opisane światło reflektora, ten „reflektor strachu” pada na Nikogo. Jednak nie towarzyszymy Niktowi w jego bezsennym nocach i sennych koszmarach (jak towarzyszyliśmy dniom i nocom w studni); tym razem towarzyszymy Zielonemu. I wraz z Zielonym słuchamy opowieści o bezwzględnym kimś, kto nie pozwala Niktowi spać i noc w noc włącza dręczące światło reflektora. Wraz z zielonym czuwamy nad śpiącym przyjacielem, czekamy na jego pierwszy spokojny sen, na przebudzenie i rozwiązanie zagadki, KTO sprawia, że Nikt nie może spokojnie żyć…

Autorka – konsekwentnie, słowo po słowie, tom po tomie – opowiada o znaczeniu i wartości przyjaźni. Bliskości. I choć na pozór podobnie w każdym tomie – to przecież nowej perspektywy.

To jedna z tych (moim zdaniem najbardziej wartościowych) książek, w których  tak wielką przestrzeń pozostawia się interpretacji czytelnika. Tak wiele zależy, w jakim wieku, z jakim doświadczeniem i w jakiej sytuacji życiowej będziemy ją czytać.

I choć pewnie nigdy nie jest tak, że jest się tylko Zielonym lub tylko Nikim – bo raczej Zielonym lub Nikim się bywa (a też różne postawy w różnych sytuacjach i przy innych Zielonych i Niktach się przyjmuje) – to tak ujęte w słowa metafory zmuszają do refleksji.

Czego się boimy? I dlaczego?

Kto włącza ten upiorny reflektor – i dlaczego to znowu my?…

Czy można o tym opowiedzieć ośmiolatkowi? Jak widać – można. Małgorzata Strzałkowska jak jej bohater – Zielony – ze swojego świata kolorowych rymów, spod ciepłej kołderki barwnych wierszyków łamiących języki kolejny raz wyruszyła, by prostym, precyzyjnym językiem opowiedzieć nam o tym, co najważniejsze. O nas.

Byśmy już nigdy więcej – jak Nikt – nie zaniedbywali swojego ogrodu. I potrafili stanąć twarzą w twarz ze strachem. Ze sobą.

Towarzyszą tym opowieściom znakomite ilustracje Piotra Fąfrowicza. Ich nastrój dopełniający, wzmacniający klimat historii – są jak najlepszy akompaniament, który nie przesłania głosu, nie skupia wyłącznie na sobie uwagi, a przecież bez niego głos snujący historię nie brzmiałby tak samo. Tę opowieść graficzną „czyta się z przyjemnością i po wielekroć, wciąż odkrywając nowe szczegóły i nowe tajemnice (Skąd na przykład – atramentowy? – diabełek przy stopce redakcyjnej. Czy to jakiś diabełek z pudełka?… Zagadka? Czy to żart wydawcy na „do zobaczenia”? Czy może portret tego, kto maczał palce w tym dziele? A może ktoś, kto przypomina, że człowiek bał się od zawsze… i różnie nazywał ten strach. Choć takiego pokracznego diabełka z wypiętym brzuszkiem nie ma się co bać!).

Książka – jak wszystkie książki wydane przez Bajkę – starannie i uważnie przemyślana, z ciekawą, ułatwiającą wędrówkę przez słowa charakterystyczną typografią autorstwa Ewy Stiasny, stanowi piękną całość. Chce się więc do niej wracać – z małą zieloną latareczką, która też jest jedną z metafor tej książki. Do rozszyfrowania…

 

Małgorzata Strzałkowska, „Zielony, Nikt i ktoś”, ilustracje Piotr Fąfrowicz, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2013

Dodaj komentarz